poniedziałek, 8 sierpnia 2016

Rozdział 4

 Rozdział czwarty
Zdrada, której się dopuścił wobec najbliższych, może nie wydawała się szczególnie ciężka czy niewybaczalna. Ale czy przez to ważyła mniej? Bynajmniej.
- Camilla Lackberg, "Niemiecki bękart"

- Myślałam, że ten rezerwat będzie większy. - powiedziałam po chwili
- Jest jednym z największych... - protestował Cedrick, ale wujek mu przerwał 
- Spokój! - warknął - Jesteśmy tu na ważnej misji, więc to nie jest pora na głupoty. - Był wyraźnie zirytowany. Zresztą jak zawsze. - Cedricku, mógłbyś nam pokazać, gdzie znajduje się twój dom? - Chłopak tylko kiwnął głową. Najwyraźniej bał się, że mój wujek na niego nawrzeszczy. Żałosne. 
Szłam z tyłu, żeby wszystko obserwować. Krajobraz rezerwatu był piękny. Dzikie lasy i ta tajemniczość... Przypominały mi Idris. Nigdy tam nie mieszkałam, ale w przeciwieństwie do Sus i Toma, byłam tam. 
- Jesteś smutna. - Nie zauważyłam, kiedy obok mnie pojawiła się Susan. 
- Tylko zmęczona. - mruknęłam
Jak właściwie się czułam? Zła? Smutna? Przerażona? A może wszystko na raz? Na pewno nie byłam zmęczona. Susan także mi nie uwierzyła.
- Kłamiesz. - I nic więcej. Co się odwlecze to nie uciecze, ale ja wolałam zaczekać z tą rozmową. - Czy to przez Dereka? - dodała
Tak. Nie. Nie wiem. Kiedy byłam młodsza obiecałam sobie, że nikt nie będzie wpływał na moje życie. Obiecałam, że będę silna, niezależna, niezłomna. Inna sprawa, że to wszystko nie przez Dereka. Nie myślałam o nim, kiedy przechodziłam przez bramę. Ani kiedy szłam ścieżką do rezerwatu. Dopiero, gdy Sus o nim wspomniała.
- Ali? Halo? To przez niego? - Przed odpowiedzią uratował mnie Cedrick. 
- Jesteśmy. - powiedział - Tu będziecie mieszkać. - Przed nami stał duży budynek. Nie tak wielki jak Instytut. Nie taki piękny. Ale miał w sobie coś osobliwego. Coś nieznanego. Zapewne to samo czuły osoby widzące po raz pierwszy Instytut. 
- Jeszcze wrócimy do tej rozmowy. - szepnęła Susan
- Zapraszam. - Cedrick wszedł do domu. Szłam zaraz za nim. W pewnym momencie spojrzał na mnie przez ramię. - Pod żadnym pozorem nie wolno wam wchodzić do lasu bez naszej zgody. - powiedział tak cicho, że tylko ja go zrozumiałam.
- Dlaczego? - zadałam idiotyczne pytanie, również szeptem
- Las jest niebezpieczny. Jeśli go nie znasz możesz sprowadzić wielkie niebezpieczeństwo na siebie albo nawet na cały świat. Te lasy kryją śmiertelne tajemnice, stworzenia i dróżki. - Tylko jedna rzecz mi się nie zgadzała.
- Dlaczego mówisz to tylko mnie? Masz mnie za najbardziej nie odpowiedzialną?
- Nie. - zawahał się - Susan jest zbyt impulsywna, Tom zbyt podatny na wpływy, a Aaraon zbyt głupi. Mówię to tobie, bo tylko ty zastosujesz tę radę.
Nasza rozmowa urwała się, ponieważ Cedrick otworzył kolejne drzwi i weszliśmy do salonu. Na sofie siedzieli kobieta i mężczyzna. Ewidentnie jego rodzice. Pan Montger miał czarne włosy z pasmami siwizny, a jego żona była szczupła i blond włosa.
- Witajcie w rezerwacie, Dzieci Anioła. - odezwał się mężczyzna i wstał z sofy -  Cieszę się, że przyjęliście nasze zaproszenie i przybyliście. - Jego głos nie wyrażał radości.
- To nasz obowiązek. - powiedział chłodno wujek - Carol Ramos. - Podał gospodarzowi rękę.
- Richard Montger. Miło mi.
- Chcielibyśmy jak najszybciej obejrzeć teren. - kontynuował wujek
- Wolałbym, żebyśmy z tym chwilę poczekali. Smoki są szczególnie zdenerwowane w tych ciężkich czasach. Pójdziemy tam dzisiaj i przedstawimy sytuację. - Wujek spojrzał na nas.
- Czy dzieci mogłyby iść już do swoich pokoi? - spytał.
- Oczywiście. - odpowiedział ojciec Przyziemnego - Marleen, mogłabyś ich oprowadzić? - Kobieta skinęła głową. Susan szła obok mnie.
- Świetnie, że znów nie możemy słuchać. - burknęła cicho - To też nasza misja.
- Wiem. - odpowiedziałam - I też mi się to nie podoba. Spróbuję porozmawiać z wujkiem.
- Wątpię, żeby ci coś powiedział. Jest strasznie skryty. - Musiałam przyznać jej rację. Wujek Carol od zawsze był odosobniony, ale ostatnio zachowywał się dziwnie. Był bardziej oziębły i tajemniczy. Sus skrzywiła się. - Faraon znów mnie obserwuje.
- Kto? - zapytałam zdziwiona
- Aaraon-Faraon. Rozumiesz? - Skąd ona bierze te pomysły?
Pani Montger zatrzymała się przy drzwiach i wyjaśniła chłopakom, że to ich sypialnia. Tom wyraźnie nie był zadowolony, że musi dzielić ją z Aaraonem. Ani on, ani Susan nie polubili Branwella. Ale to ja musiałam z nim spędzić cały dzień! Kobieta poszła dalej. Jak się okazało nasza sypialnia znajdowała się na następnym piętrze. Pani Monter nie powiedziała nic, tylko poszła na dół.
- Jaka milutka. - mruknęłam, nie lubię kiedy traktuje się mnie gorzej od innych
- Tak samo jak mąż. - dodała Sus
Nasz pokój był dość dużych rozmiarów. Jedyne okno wychodziło na basen i ogród. Z jednej strony okna stało łóżko, a z drugiej półka z książkami, głównie poezją. Drugie łóżko stało przy przeciwległej ścianie. Obok niego znajdowała się ogromna szafa. W pokoju były jeszcze dwa fotele i stolik.
- Zaklepuję łóżko koło okna! - krzyknęłam i rzuciłam się na nie
- Dlaczego zawsze chcesz tam spać? - Susan rozejrzała się po pomieszczeniu. Zazwyczaj zachowywałam się poważnie i nie pozwalałam sobie na skoki na meble. Ale jeśli chodzi o wybór łóżka, stawałam się prawdziwą wariatką. Przyjaciółka zdążyła się przyzwyczaić, więc nigdy o to nie pytała.
- Jest dużo powodów. - Czarnowłosa podeszła do stolika i kompletnie zmieniła temat.
- Zobacz, dali nam kanapki. - Wydawała się naprawdę szczęśliwa. - Nie jadłam prawie nic. - mówiła przełykając - Chcesz trochę? - Pokręciłam głową.
- Nie jestem głodna. - Dobrze zdawałam sobie sprawę z tego, że to ostatnia szansa zanim Sus zje wszystko.
***
Przez następne pół godziny rozmawiałyśmy. Opowiadałam jej o mojej kłótni z Derekiem, kiedy rozległo się pukanie. Susan otworzyła drzwi, a do pokoju wszedł Cedrick.
- Jak podoba wam się sypialnia? - Coś w jego postawie zdradzało, że nie przyszedł tylko po to, żeby o to zapytać. Rozmową zajęła się Sus.
- Jest ładna. Naprawdę.
- Cieszę się. - W przeciwieństwie do ojca, potrafił to okazać. - Przyszedłem, żeby wam coś przekazać. Z chłopakami już rozmawiałem. Jeszcze tylko z wami muszę. - Zmieniłam pozycję na siedzącą i wbiłam w niego wzrok.
- Słuchamy. - powiedziała przyjaciółka
- Pan Ramos, mój tata i ja idziemy na misję. Zaginął kolejny smok i musimy się tym zająć. Wy w tym czasie możecie korzystać ze wszystkich miejsc. Czujcie się jak u siebie w domu, naprawdę chcemy...
- Zaraz. - przerwała Sus - Dlaczego MY nie idziemy? Przecież po to przyjechaliśmy. - Chłopak ewidentnie bił się ze sobą.
- Pan Ramos nie chce, żebyście szli. Powiedział, że będziecie przeszkadzać. - wyznał Przyziemny - Do zobaczenia. - Wyszedł. Zostałyśmy we dwie, obie w szoku.
- Twój wujek jest...
- Wiem. Nie musisz kończyć. - przerwałam jej - Musimy jakoś zaplanować sobie czas.
- Proponuje basen. - powiedziała - Słońce jest dobre na wszystko.
***
Prawdopodobnie zbliżała się czwarta. Siedziałam na leżaku w ogrodzie. Woda w basenie była idealna do kąpieli, ale nikt nie miał ochoty pływać. Susan nadal zdenerwowana, od około godziny nerwowo chodziła.
- Zazdroszczę Derekowi. - odezwał się Tom - Jest w Instytucie, w domu. Będzie zabijał demony, a my tu siedzimy i umieramy z nudów.
- Jeszcze się obraził, że nie może jechać. - mruknęła Sus
- Ja nie rozumiem pana Ramosa. Dlaczego nas nie zabrał. - powiedział Aaraon
Możliwe, że Cedrick nie powiedział im tego co nam. W sumie my z niego musiałyśmy to wyciągnąć. Wątpię, żeby Tom i Aaraon go do tego zmuszali.
- Bo. - Kelley odchrząknęła i powiedziała głosem Carola. - To nie jest sprawa dla was. Jesteście głupimi dziećmi. Możliwe, że zobaczycie zwłoki. Jestem Carol Ramos i straszny ze mnie gbur. - Wszyscy bez wyjątku wybuchnęli śmiechem. Zastanawiałam się dlaczego ich tak długo nie ma. Mieli zobaczyć tylko tego martwego smoka i powiadomić resztę o nas. Susan najwidoczniej myślała o tym samym.
- Oddałabym wszystko, żeby wiedzieć, co oni tak długo robią. Co w ogóle robią. - Nie podzielałam jej zdania. Wolałam, żeby pozostało to tajemnicą. Umiem dać sobie radę z demonami, ale smoki? Wielkie, oślizgłe, ziejące ogniem smoki? Czekające, żeby spalić moje włosy? Nie, to nie dla mnie.
- Jest sposób. - powiedział Tom - Widziałem po drodze bibliotekę. Na pewno coś znajdziemy.
- Chodźmy! - krzyknęła Susan, ale ja nie ruszyłam się z leżaka - Ali? Idziesz? - Smoki mnie nie obchodzą. Pokręciłam głową. Wolę zostać na słoneczku. - Aaraon?
- Ja też zostanę, ale dziękuję za zaproszenie. - Dziewczyna wzruszyła ramionami i razem z Tomem już zniknęli z mojego pola widzenia. Zostałam sama z Aaraonem, a to nie za bardzo mnie cieszyło. Miałam nadzieję, że pobiegnie za Susan.
- Nie wiesz czy Sus mnie lubi? - Spojrzałam na niego. Jest co najmniej dziwny.
- Powinieneś ją o to spytać.
- Jest ładna. I mądra. - kontynuował temat - Ma może chłopaka? - Jego pytanie zwaliło mnie z nóg. Nie wiedziałam co odpowiedzieć, żeby wyszło dobrze dla przyjaciółki.
- Eee... - Nie wiem. - Brawo Ali! Przecież on wie, że się przyjaźnicie. - To znaczy, wspomniała, że ktoś jej się podoba, ale nie mówiła mi o tej osobie.
- Dawno to mówiła?
- Nie... Dzisiaj w pokoju. - Nie zadawaj więcej pytań. Błagam, nie zadawaj więcej pytań.
- Może, może chodzi o mnie! - Rozpromienił się. Zerwał się i pobiegł w stronę domu.
Czułam się dziwnie, jakbym nie była sama. Szybko wstałam, żeby też dołączyć do przyjaciół. Następna rzecz stała się błyskawicznie. Zostałam popchnięta, tak że znalazłam się w wodzie. Nie zdążyłam nawet krzyknąć.  W wodzie silne ręce złapały mnie za włosy i zaczęły ciągnąć na dno. Walczyłam. Udało mi się kopnąć napastnika, chyba w nogę, ale on mnie nie puścił. Powoli opadałam z sił, kiedy wiłam się w wodzie. Przed oczami widziałam ciemne plamki. Wtem zostałam pociągnięta w górę. Ktoś rzucił mnie na trawę. Upadek sprawił, że wyplułam część wody. Walcząc o oddech szybko upadłam z sił. Krztusząc się zapadłam w ciemność.
***
- Alicjo! Obudź się! - Ktoś mocno potrząsał moim ramieniem. Zakasłałam i otworzyłam oczy. Na początku obraz był nie wyraźny. Dopiero po chwili zobaczyłam, że nad sobą zmartwione oczy Cedricka. Powróciły do mnie wspomnienia. Woda, dużo wody, człowiek, przerażenie, niemoc.  I brak tlenu. Przyłożyłam rękę do ust i zobaczyłam, że coś w niej mam. Kwitek papieru. Rozkładałam go ostrożnie, jakby miał wybuchnąć. 
- Co ty tu robisz? - Przecież miał być w lesie, więc to było logiczne pytanie. Prawda? A może już wrócili.
- Wracałem z misji. Z oddali zobaczyłem ciebie. Na początku nie poznałem, że to ty. Dopiero kiedy podszedłem bliżej. Nie ruszałaś się. Przez chwilę myślałem, że nie żyjesz. - Szczerość w jego głosie przyprawiła mnie o drżenie. A jeśli on mnie wrzucił do wody? Ale czy chciałbym mi wtedy pomóc? 
Spojrzałam na nakreślone na kartce słowa. - Co się w ogóle stało.

Potraktujcie to jako ostrzeżenie, małe Nefilim.
Nikt Was tu nie chce. Uciekajcie tchórze.
Bo teraz będzie już tylko gorzej.
Dziewczyna dostała tylko przedsmak tego, co czeka Was.
Jeśli nie wyjedziecie, oczywiście.
Wracajcie do Waszej nory.
Nie do zobaczenia, aniołki.

Widziałam kiedyś ten charakter pisma, ale teraz nie mogłam przypomnieć sobie gdzie. Położyłam się na ziemi. Bolały mnie ręce, na których miałam siniaki. Do tego ten list... Muszę to wszystko natychmiast pokazać przyjaciołom.
- Wszystko w porządku? - zapytał blondyn - Zbladłaś.
- Po prostu jestem obolała. - W skrócie opowiedziałam mu co się wydarzyło.
- To nie powinno się stać. - Był zły i zmartwiony. - Przepraszam. Naprawdę mamy dobre zabezpieczenia. Nie wiem co się stało.
- Nic takiego. - Machnęłam ręką dla podkreślenia moich słów. Wyjęłam stelę i zaczęłam rysować iratze. - Taka praca.
- Na pewno? Może chcesz odpocząć? Albo coś zjeść? - Naprawdę przejął się moim stanem. Ciekawe po kim to ma, bo raczej nie po milutkich rodzicach.
- Jedzenie nie załatwi sprawy. - powiedziałam wstając - Muszę porozmawiać z przyjaciółmi.
- Nie jestem pewny czy rozmowa może załatwić tą sprawę. - odpowiedział z uśmiechem i również podniósł się z ziemi.
***
Biblioteka nie była tak wielka jak ta w Instytucie. Chociaż powinnam się przyzwyczaić, że nic tu nie jest takie piękne. Tom, Aaraon i Susan siedzieli w ciszy po skończeniu mojej opowieści. Cedrick stał za mną, kiedy wszyscy słuchali historii.
Z szoku pierwszy otrząsnął się Tom.
- Nic ci się nie stało? - powiedział tonem pełnym troski
- Żyję. - Pytanie to zadane przez jedną osobę wystarczało.
- Czy na teren rezerwatu można wchodzić, kiedy się zechce? - drążył mój przyjaciel, ale teraz pytał Przyziemnego
- Nie. Wytłumaczyłbym jak działają czary ochronne, ale to dość skomplikowane, a my nie mamy dużo czasu. - Wydawał się dziwnie zirytowany. Podszedł bliżej mnie i szepnął pytanie, tak że ledwo go usłyszałam.
- Możemy porozmawiać na korytarzu? - Kiwnęłam głową i gestem pokazałam, żeby wyszedł. Skoro chce prywatności to ok. Ja i tak powtórzę wszystko przyjaciołom.
- Idę do pokoju. - skłamałam - Znudziło mi się mokre ubranie.
***
Cedrick stał oparty o ścianę, kiedy wyszłam z biblioteki. Widocznie zbierał się do powiedzenia mi czegoś. Pewność siebie również go opuściła. 
- Co jest? - zapytałam po chwili - Nie chcę stać tu długo w mokrym ubraniu. 
- Chodzi o to, że coś się stało, kiedy byliśmy w lesie. - Jego twarz wyrażała napięcie. Zmarszczyłam brwi.
- O co chodzi?
- O twojego wujka. On... - chłopak chwilę się zawahał - Zniknął.
Przyrzekam, że czułam, jak krew odpływa mi z twarzy. To po prostu nie może być prawdą. Złapałam się ściany, kiedy świat zaczął wirować. Nie wiedziałam, że wstrzymuję oddech, dopóki nie zaczęłam się dusić. Jedyna osoba, która przyjechała tu i znam ja od zawsze, zniknęła.
- Jak? - tylko tyle udało mi się powiedzieć
- Byliśmy w nieciekawej części lasu. Nagle usłyszeliśmy jakieś szelest. Twój wujek poszedł to sprawdzić. A potem usłyszeliśmy jego krzyk. Pobiegliśmy tam z tatą, ale nikogo nie było. Włącznie z twoim wujkiem. Przykro mi.
- Na anioła. Trzeba zawiadomić instytut. Clave.
- Mój tata się tym zajmie. Jest jeszcze jedna sprawa. Tata postanowił, że pójdziecie na patrol w inną część lasu. Bezpieczniejszą. Jesteś pewna, że chcesz iść. Możesz zostać. Zrozumiemy. - Spojrzałam na niego jak na idiotę.
- Oczywiście! - Zrobię wszystko, żeby pomóc wujkowi. Dla mamy. Dla Rose. A przede wszystkim dla mnie.

_________________________
Tak oto prezentuje się rozdział 4. 
Akcja powoli nabiera tępa.
Tym razem naprawdę starałam się, żeby wszystko było łatwiejsze do zrozumienia, ale nie wiem czy się udało. 
Pilnowałam też dialogów.

Jeśli macie jakieś zastrzeżenia to piszcie. Krytyka jest mile widziana, tak jak każdy komentarz.

Przy okazji zapraszam Was na mojego bloga z recenzjami: KLIK

Następny rozdział: KLIK2 

Pozdrawiam!
Alicja                    

poniedziałek, 25 lipca 2016

Rozdział 2

Rozdział 2


- Powiedz mi jeszcze raz, skąd jesteś Przyziemny? - Nie warto już udawać miłej ani nic nie wiedzącej o Świecie Cieni.
- Z rezerwatu Smocza Dolina. - odpowiedział z wahaniem. - A gdzie jest wasz instytut?
- Dowiesz się niedługo. Nie mogę wszystkiego zdradzić Przyziemnemu.
- Nie mów tak do niego. - skarciła mnie Susan - Już niedaleko. Widzisz wieże tego kościoła? - Chłopak kiwnął głową. - To tam.
Miła Susan to coś nowego.
- Ktoś ci zaimponował. - szepnęłam tak, żeby nie usłyszał nas Cedrick. Przyjaciółka wywróciła oczami. - Nie prawda.
- Wiem, że kłamiesz. Po pierwsze znam cię, a po drugie czuję to. - Pociągnęłam lekko bluzkę do góry ukazując znak Parabatai.
- Nie każdy potrafi tak zignorować Stellę. - Może chodzi tylko o to. Na wszelki wypadek...
- Jest całkiem przystojny. - powiedziałam, ale niesety reakcja Susan mi umknęła, bo Cedrick zaczął znów coś mówić. Nie słuchałam go jednak. Odpłynełam ze swoimi myślami.

***

Dalsza droga minęła nam w ciszy.
- Jesteśmy na miejscu.
- To ruiny. - mruknął Cedrick
- Nie. To czary. - odpowiedziała Susan, kiedy ja przewracałam oczami. Durny Przyziemny. - Przypatrz się. - Chłopak zrobił to co kazała mu moja przyjaciółka. Zamykał i przymykał oczy,  marszczył brwi. Aż w końcu pisnął ze zdumienia. Naprawdę pisnął...
- Wow... To jest piękne i wspaniałe! Ale jak? - Zignorowałam go całkowicie i ruszyłam do drzwi.
- Chodźmy. - rzuciłam przez ramię
Otworzyłam drzwi i od razu skierowałam się do windy.
- Myślisz, że moi rodzice są w domu?
- Nie wiem. - westchnęła Sus - Jest jeszcze Rose, Tom, Derek i twój wujek. - Ostatnią osobę wymówiła z niechęcią. Nigdy się nie lubili, ale nigdy nie usłyszałam powodu. Susan nie lubiła mówić o ich relacji.
- I Ryan w mieście. - mruknęłam
- Kto? - Ups... nie powinnam była tego powiedzieć. - Ali? - Winda zatrzymała się, a my wysiedliśmy. Szybko dotarliśmy do ogromnych drzwi biblioteki.
- Nikt. Wujku? - Szybko odwróciłam uwagę. Zza bibliotecznego regału wyłoniła się wysoka, ciemnowłosa postać. Jego szare oczy minęły mnie i Sus, a zatrzymały się na Cedricku.
- Kim pan jest? - chłodno zapytał wujek
Jego mina była groźna. Raczej rodzicom nie spodoba się, że przeprowadziłam Przyziemnego.
- Cedrick Montger. Przybyłem z prośbą o pomoc. Rezerwat Smoczej Doliny, mój dom, potrzebuje pomocy Nefilim.
- Nefilim to nie nazwa dla Przyziemnych. - warknął wuj - Ale wysłucham cię. Alicjo, Susan muszę was wyprosić.
- Oczywiście. - powiedziałyśmy niechętnie

***

- Czemu nas wyprosił?! - krzyknęła Sus, kiedy zamknęłam drzwi - Czemu się nie sprzeciwiasz?
- Ciszej. - szepnęłam
Zaciągnęłam ją w głąb korytarza. Kierowałam nas do mojego pokoju.
- Odpowiedz mi. - Zatrzymała się. - Bo dalej nie idę. - Nie chciałam się z nią kłócić, więc posłusznie zrobiłam to, o co prosiła.
- Nie jesteśmy pełnoletnie. Wujek miał prawo to zrobić. Za to ja nie miałam podstaw, żeby kłócić się z nim.
- Mogłaś chociaż spróbować. Dobrze wiesz, że twój wujek się nie zgodzi na żadną pomoc. - Niestety przyjaciółka miała rację. Wujek Carol napisze do Clave, a oni... Oni raczej nie zgodzą się na żadną pomoc. Zresztą może słusznie.
- Sus, przecież nie wiemy nic o tym Cedricku.
- Rzeczywiście nie zdradził nam nawet po co mu nasza pomoc, ale... ale dobry Nocny Łowca powinien pomagać każdemu. Sama to kiedyś powiedziałaś, prawda? - Moje słowa przeciwko mnie. Nagle zaczęłam interesować się moimi czarnymi martensami na obcasie.
- Masz rację. - przyznałam po chwili niechętnie - Idę do biblioteki. Porozmawiam z wujkiem. Mam nadzieję, że powie mi coś. - Jeśli nie, to będę musiała to na nim wymusić. - Chcesz iść ze mną?
 - Mi nic nie powie. - Susan uśmiechnęła się smutno. - Powodzenia. - powiedziała i odeszła
Ja ruszyłam w stronę biblioteki, w której ostatnio znajdował się Carol. W tym momencie wolałabym być w każdym innym miejscu. Zapukałam dość głośno, a potem weszłam do pokoju. Ojciec Rose siedział w fotelu i czytał coś. Kiedy weszłam podniósł wzrok.
- Alicja. Witaj dziecko. - Wskazał fotel naprzeciwko swojego, a ja w nim usiadłam. - Pewnie chcesz zapytać o Przyziemnego, a nie porozmawiać ze starym wujkiem. - Carol uśmiechnął się i puścił mi oko. Zawsze byliśmy w dobrych kontaktach.
- Gdzie on jest?
- Zaprowadziłem go do pokoju. Przebył długą drogę, żeby tu dotrzeć. Jego ojciec jest opiekunem rezerwatu tak jak Margaret i James instytutu. Od zawsze ma kontakt z najmniej popularnymi magicznymi stworzeniami. Za to prawie nie zna wampirów, wilkołaków i Nefilim. Ostatnio razem z ojcem odkryli, że porwano smoka, a potem następnego i następnego. Ojciec wysłał go tu, ponieważ dowiedział się, że smoki porywa demon...
- Demon? - przerwałam - Dlaczego demon miałby porwać smoki?
- Też mnie to zastanawiało, ale znalazłem jedno logiczne wyjaśnienie.
- Demon pracuje dla kogoś. Jasne. - Rewelacje dzisiejszego dnia przyprawią mnie o ból głowy. - Co dalej? - Miałam cichą nadzieję, że nic.
- Prawdopodobnie czeka was misja. Czekamy na to co powie Clave. - Widząc moją zmartwioną minę dodał. - Możliwe, że to fałszywy alarm.
- Muszę odpocząć. - powiedziałam
Nie chciałam jechać do miejsca, o którym instnieniu dowiedziałam się dopiero dziś.
- Oczywiście. Gdybyś czegoś potrzebowała będę tutaj. Prawdopodobnie dziś wieczorem przyjedzie odpowiedź od Clave. - Kiwnęłam głową i wyszłam z pokoju. Ale zamiast do siebie skierowałam się do Sali treningowej, gdzie liczyłam kogoś znaleźć.

***

Od kąd pamiętam uwielbiam trenować. Ćwiczyłam każdą bronią, ale szczególnie spodobała mi się walka dwoma serafickimi mieczami. Po jednym w każdej ręce. Sala znajduje się na czwartym piętrze instytutu. Na pierwszym jest winda i główna sala kościoła. Na drugim kuchnia, mały salon, zbrojownia i kilkanaście gabinetów. Największy z nich od zawsze należał do szefów instytutu. Teraz urzędują tam moi rodzice. Inny gabinet należy do wujka Carola. Piętro trzecie zajmuje ogromna, wiekowa biblioteka, która zajmuje 1/3 piętra. Cześć piętra zajmowały sypialnie. W jednym z pokoi mieszkała Susan, a w sąsiednim skrzydle Rose. Na tym piętrze był także mały salon. Piętro wyżej jest sala treningowa, a także sypialnie Toma, Dereka i Dominica. Korytarze dalej znajduje się mój pokój. Na piątym jest sypialnia oraz pokoje moich rodziców, a także wujka. Na tym samym piętrze jest salon z jadalnią. Na szóstym wielki ogród i Sala szpitna. W sumie instytut ma osiem pięter.

Drzwi sali treningowej jak zawsze były zamknięte. Otwierałam je z nadzieją znalezienia pewnej osoby. Nie pomyliłam się. Przy worku treningowym wysoka (1.85m), szczupła, ale umięśniona postać uderzała w worek z wielką siłą. Jego ciemne, krótkie włosy lśniły od potu. Usłyszał moje kroki, kiedy wchodziłam do pokoju.
- Nietrudno domyślić się, że to ty, Alicjo. - powiedział kończąc ćwiczyć - Twoje obcasy strasznie głośno stukają. - Dodał z uśmiechem.
- Wiesz jak ciężko nie zabić się na takich szczudłach? To - Wskazałam buty. - Ma 12 cm. - Powiedziałam z udawanym oburzeniem, a po chwili oboje się śmialiśmy.
- Po co je nosisz? - zapytał, kiedy szliśmy  do jego pokoju
- Żebyś nie musiał się za bardzo schylać, kiedy chcesz mnie pocałować. - Uśmiechnęłam się, a on pochylił się i pocałował mnie w policzek. Dalszą drogę odpowiadałam mu o dzisiejszej przygodzie.
- Nie chcesz tej misji, prawda? - zapytał, kiedy skończyłam, a ja pokręciłam głową- Nie ufasz mu?- Doświadczenie nauczyło mnie, żeby nie ufać nikomu, kto nie jest taki jak ja.
- Będę z tobą. - Objął mnie ramieniem. Ja jednak nie byłam przekonana. Rano powinnyśmy użyć znaków...

***

Resztę dnia spędziłam z Derekiem. Byliśmy na spacerze, dużo rozmawialiśmy i nie musieliśmy nikogo poznawać dzięki runom. Do domu wróciliśmy dopiero o siedemnastej i od razu poszliśmy na obiad. Duży stół był już prawie całkiem zajęty. Siedzieli przy nim: moja mama, tata, wujek, Rose, Susan, Cedrick, Tom oraz osoba, której nie poznałam. Zajęłam miejsce między Sus a Cedrickiem i wyciągnęłam dłoń do nieznajomego.
- Alicja Sims.
- Lucas Mercer. - Lucas miał jasnobrązowe, zbyt długie loki. Miał runy na ręce. - Miło mi.
- Lucas będzie mieszkał tu przez jakiś czas. - powiedział tata
Pytanie czemu wydało mi się niewłaściwe, więc posłałam tacie pytające spojrzenie
- Kiedy w będziecie na misji. Clave stwierdziło, że instytut nie może zostać bez opieki.
- Czyli jedziemy wszyscy? - spytała Rose
- Nie. - odezwał się Carol - Inkwizytor wybierze część z was, którzy zostaną z Lucasem. List od Rady niewiele nam mówi. - Wujek westchnął.
- W każdym razie Clave zgodziło się na misję. Tyle, że mają jedno zastrzeżenie.
- Jeszcze jakieś? - zapytała Susan z irytacją
- Chcą wysłać z wami kogoś swojego. Prawdopodobnie starszego Łowcę. - dodała mama
Derek odpowiedział ze zdenerwowaniem.
- Clave jak zwykle miesza. Jakby nie mógł jechać ktoś z was. Trzeba im napisać...
- Spokojnie. - przerwał mu Tom
Jego przyjaciel od zawsze był o wiele spokojniejszy. Oboje mieszkają w instytucie od  trzynastego roku życia. Derek pięć lat, a Tom cztery.
- Kiedy przybywa Inkwizytor? - przerwałam
- Jutro rano. - odpowiadała mama - Będzie z tym Łowcą. - Nagle temat się urwał, a reszta posiłku minęła nam w milutkiej atmosferze napiętej ciszy.

***

Noc nie była ukojeniem. Zaraz po obiedzie uciekłam do mojego pokoju i udawałam, że śpię, żeby z nikim nie rozmawiać. Nie wiedziałam co mam myśleć. O Lucasie, wyprawie, Cedricku. W końcu wstałam i poszłam do kuchni. Zaparzyłam ziołową herbatę. Po wypiciu jej zachciało mi się spać.  Zmęczona napisałam krótką wiadomość, u dołu kartki narysowałam stelą runy. Ostatnie co pamiętam to płonący świstek papieru.

***

Pierwsze co rano znalazłam to odpowiedź.

"Dominic zawiadomiony. Mówi, że powinnaś jechać. Wspiera cię już teraz.
- R"

Dobrze jest mieć z nim kontakt. Uśmiechnęłam się na samą myśl o bracie. Stanęłam przed moją wielką, według niektórych szafą i wyjęłam z niej czarną bluzkę oraz czarną spódnicę do ziemi. Do tego oczywiście moje ukochane buty. Pomalowałam tylko usta błyszczykiem. Moje rzęsy natruralnie ciemne nie potrzebują tuszu. Kiedy kończyłam czesać długie włosów w dwa warkocze, ktoś zapukał. Czyżby Susan wcześniej wstała? To chyba niemożliwe. Po za tym ona nigdy nie puka. Otworzyłam drzwi.
- Rodzice chcą z tobą porozmawiać. - na jednym wdechu powiedziała Rose - Przyjechał inkwizytor.
- Rose... - Zaparło mi dech w piersi.
- Ojciec zabronił mi jechać. Ale twoi rodzice raczej się zgodzą. Idź.
- Przykro mi. - powiedziałam - Obudź Susan. - Kuzynka kiwnęła głową. Mknęłam korytarzem, a nagle na kogoś wpadłam. Odrzuciło mnie z wielką siłą, ale te same silne ramiona mnie złapały. Trzymał mnie Derek i był wściekły.
- Nie jadę. - powiedział od razu - Inkwizytor kazał mi zostać. Mam zajmować się instytutem, kiedy wy będzie się narażać.
- Derek, ja... - Sama nie wiem co chciałam powiedzieć, ale nagle w głowie znalazłam inne mądre słowa. - To też odpowiedzialne zadanie. Jesteś ważny w tej misji.
- Świetnie. - prychnął - Nawet własna dziewczyna przeciwko mnie. Jak możesz w ogóle się wypowiadać na ten temat? Twoi rodzice mają władzę, żeby wysłać cię na tą misję. A moi? - Ciężki temat się zaczyna. - Nie żyje ojciec. Matka jest daleko.
- Nie o to mi chodzi. Nie wkurzaj się...
- A niby co mam robić. Jestem najstarszy i odsunięty. - krzyknął - Zresztą ty jesteś zbyt ślepa i zapatrzona w siebie, żeby zrozumieć.
- Derek! - krzyknęłam, ale on już odszedł wściekły
Nie miałam zamiaru gonić go, żeby też na niego wrzeszczeć. Teraz najważniejszy jest inkwizytor i misja. Ruszyłam w stronę salonu.


Stojąc koło drzwi biblioteki już słyszałam głosy. Biblioteka sięgała od  trzeciego po ósme piętro kościoła. Ale drzwi do niej znajdowały się na trzech najniższych. Weszłam wejściem z czwartego piętra, ponieważ na tym samym mam sypialnię. Stanęłam na balkoniku i spojrzałam w dół. Stali tam moi rodzice, inkwizytor oraz blondyn, którego nie rozpoznałam.
- Ależ oczywiście. - powiedział ojciec - Zapewniam, że Carol się zgodzi. Czyli oprócz niego jadą także Alicja, Susan, Tom oraz młody pan Branwell. - Rodzina inkwizytora*!Czas przestać podsłuchiwać. Głośno zamknęłam drzwi i zeszłam po schodach.
- Dzień dobry. - powiedziałam do inkwizytora i blondyna - Alicja Sims.
- Witam Panią. - powiedział inkwizytor
Także miał blond włosy, wyglądał na nie miej niż czterdzieści pięć lat.
- Oto mój syn. Będzie uczestniczył w wyprawie.
- Alicja, miło mi. - powiedziałam i podałam mu rękę
On jednak obrócił ją delikatnie i pocałował. Wielu Nocnych Łowców z dobrych domów tak robiło i robi, ale ja już czułam czerwień na policzkach.
- Aaraon Jonathan Branwell. - Uśmiechnął się do mnie.
- Alicjo, może oprowadzisz Aaraona. - zaproponował inkwizytor - Omówimy pewne dorosłe sprawy.
- Oczywiście. - odpowiedziałam
Teraz to Derek może być zazdrosny.
- Gdzie idziemy? - zapytał, kiedy wyszliśmy z biblioteki
- Z chęcią pokażę ci miasto. - odpowiedziałam z udawaną radością
 Zapowiada się długi dzień...


* - Inkwizytor został wymyślony
---------------
Witajcie!
Mam nadzieję, że rozdział wam się podobał😃
Zachęcamy do komentowania.
Następny rozdział u Susan (susan-kelley.blogspot.com)
Znajdziecie tam też rozdział 1.